Artykuł z internetu trafia do wyroku
Blogowy bełkot wklejony do oficjalnego uzasadnienia wyroku jako fakt naukowy. Rachunek za biegłych: 23 138,93 zł. Józef K. nie musiał płacić za biegłych.
To jest chwila, w której profesjonalna procedura sądowa i miejskie legendy w zasadzie zlewają się w jedną całość. Strona powodowa dołącza do akt sprawy wydruk z jakiegoś kompletnie amatorskiego bloga internetowego, EkoLaguna.
I ten blog pisze, że, uwaga, jacyś tam naukowcy z Georgetown odkryli, że ta chemia uwięziona w ubraniach gromadzi się w szafach i wywołuje białaczkę i guzy. Gdzie jest w prawie jakikolwiek filtr antyspamowy? To tak jakby chirurg miał decydować o bypassach na podstawie komentarza pod postem na Facebooku.
A co robi Sąd Okręgowy w Suwałkach? Bierze ten blogowy bełkot i kopiuje go w całości, słowo w słowo, wklejając do oficjalnego uzasadnienia wyroku jako fakt naukowy.
Sygnatura: I Ca 45/18
Jak to jest możliwe?